Saturday, 20 June 2015

Paso Robles - San Simeon - Big Sur - Monterey - Pacific Grove - 17-Mile Drive - Carmel-by-the-Sea - 2014/08



Jest 16 czerwca 2015 roku. Minęło już prawie dziesięć miesięcy od powrotu z USA, a w międzyczasie do wielu wyjazdów i powrotów doszło. Słonisia i Słonik (niewtajemniczonym i tym wszystkim, którzy śledzili w zeszłe wakacje pasjonującą relację z 22 dni pobytu na Zachodnim Wybrzeżu, ale zapomnieli, Ola i Michał) zdążyli w tym czasie pooglądać świat z drugiej strony żelaznej kurtyny i odświeżyć znajomość rosyjskiego, wespół z Umichą (czyli Umą) spędzić rodzinnie i sportowo tydzień na Wyspach Kanaryjskich, jak również doświadczyć organoleptycznie czym jest bieszczadzki bieg rzeźnika. No i najważniejsza zmiana: bródka Słonika!!! Wyhodowana i starannie pielęgnowana może przywodzić na myśl ojca narodu radzieckiego Włodzimierza Lenina. Kto wie, ale nim Umicha dokończy reportaż o zeszłorocznym pobycie w Stanach, pod jego nosem będzie widniał wąs a’la Stalin, a Słonisia rozkwitnie niczym Róża i zamieszka w Luksemburgu. 


Początek odtworzenia wydarzeń sierpnia AD 2014 przebiegł dość szybko, gdyż to, co zdarzyło się dnia dwudziestego trzeciego było już spisane, a tekst wymagał jedynie opatrzenia fotografiami. By uniknąć minimalizmu opatrywania, Umicha postanawia, że zostanie ów tekst poprzedzony urywkiem tekstu piosenki zarzynanej przez chyba wszystkie stacje radiowe na West Coast:

Home is where my heart is still beating
I don't know when I'll see her again
I hate to see her cry when I'm leaving
But now I'm a thousand miles away again

She feels like Carolina
Looks like California
Shining like those New York lights on Broadway...

Dzień 23
To, że w Kalifornii świeci słońce, wiedzą wszyscy. Nie inaczej było i tegoż poranka w Paso Robles. Śniadanie zjedliśmy w stylowym amerykańskim barze, a kelnerka mijając stoliki dolewała raz za razem kawę. Okrągłe przeszklone wnętrze pasowało do stereotypu tego rodzaju wnętrz podpatrzonych chociażby w filmach Quentina Taranatino.
Zapakowawszy nasze manatki do bagażnika, udaliśmy się w kierunku oceanu, by zatrzymać się na chwilę w posiadłości magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, który przedefiniował pojęcie dziennikarstwa. Krytycy zarzucali mu tabloidyzację, uprawianie infotainment’u (słowo powstałe z połączenia information oraz entertainment­ – rozrywka), żerowanie na sensacjach oraz brak profesjonalizmu dziennikarskiego w kwestii potwierdzenia wiarygodności drukowanych wiadomości. Z drugiej strony doceniano to, że bezkompromisowość Hearsta doprowadziła do ujawnienia wielu afer i mataczeń. Kombinacja powyższych kwestii uczyniła z niego człowieka obrzydliwie bogatego, dla którego nie było kaprysu czy zachcianki, na które to nie mógłby sobie pozwolić. 
Z jego Hearst Castle położonego na wzgórzu niedaleko San Simeon rozciąga się widok na Ocean Spokojny, a ogrom tejże posiadłości niech uświadomi kilka cyfr:
·         56 sypialni
·         61 łazienek
·         19 salonów
·         łączna powierzchnia budynków mieszkalnych - 90 000 stóp kwadratowych (8300 m²)
·         ogród o powierzchni 127 akrów
·         5 mil dzieli rezydencję od Visitor Center
·         powierzchnia rancha wynosi 250 000 akrów.
Rezydencja ma też korty tenisowe, baseny, kino, lotnisko oraz największe prywatne zoo na świecie. Gośćmi Hearsta było wiele znanych osób, jak chociażby Charlie Chaplin, Greta Garbo, Winston Churchill czy Charles Lindbergh.


Ekstrawagancja i przepych Hearst Castle przyciągają dziesiątki tysięcy ludzi dowodząc, że ów magnat prasowy znał receptę na sukces. Przynajmniej sukces finansowy. Choć minęło ponad 60 lat od jego pochówku, posiadłość wciąż utrwala legendę W. R. Hearsta. Już w 1941 roku, 10 lat przed jego śmiercią, uczynił to Orson Welles kręcąc jeden z najważniejszych filmów w historii kinematografii. "Obywatel Kane" opowiada fikcyjną historię magnata prasowego wzorowaną na życiu Hearsta. 


W filmie Kane przechodzi przemianę. Jego idealistyczna wizja prasy w służbie ludzkości zastąpiona zostaje wizją mediów będących narzędziem władzy. Hearst idealistą najprawdopodobniej nigdy nie był, ale kapitalistą z pewnością tak. Choć zabrzmi to zapewne banalnie, nie wszystko da się kupić. Żyjący w niewyobrażalnym luksusie Kane stawał się coraz bardziej i bardziej samotny. Historia opowiadana przez film i dopowiadana przez biografię Hearsta, pomimo upływu czasu, wydają się wciąż nader aktualne…
Opuściwszy posiadłość Hearsta, Słonisia, Słonik i Umicha pomknęli na północ ku Big Sur drogą stanową nr 1 łączącą Los Angeles z San Francisco. Wiedzie ona wybrzeżem i przypomina Great Ocean Road w Australii. 
Big Sur
Nazwa wywodzi się z hiszpańskiego el pais grande del sur (wielki kraj południa), a okolica jest bardzo rzadko zaludniona. Kiedyś składały się na to warunki bytowe, a obecnie – rygorystyczne restrykcje władz lokalnych chcących zachować dotychczasowy charakter okolicy (Hrabstwo Monterey zakazuje budowania jakichkolwiek nowych budynków oraz umieszczania bilboardów przy California State Route 1). Po I wojnie światowej zaczęto budowę Route 56 łączącą San Simeon i Carmel, którą oddano do użytku w 1937 roku, a we wczesnych latach pięćdziesiątych podpięto Big Sur do sieci przesyłowych stanu Kalifornia. Będąc praktycznie niezamieszkałym terenem z dala od wielkich miast, pozbawiony luksusów cywilizacyjnych Big Sur zaczął obrastać legendą. Dramatycznie malownicza linia brzegowa przyciągała pisarzy, bitników, poszukiwaczy przygód i inne niespokojne duchy. 
Big Sur
Wielki amerykański pisarz JohnSteinback pracował ramię w ramię z więźniami San Quentin przy budowie Route 56, a w swojej twórczości poświęcił wiele miejsca Big Sur. O el pais grande del sur pisali również Henry Miller czy Jack Kerouac, a śpiewali chociażby Red Hot Chili Peppers w "RoadTrippin’".

Plan podróży Jacka Kerouca
Krajobraz rzeczywiście zapiera dech w piersiach. Ocean po lewej stronie drogi, a góry z najwyższym Cone Peak (1571 m.n.p.m.) – po prawej sprawiają, że w rankingach najpiękniejszych miejsc w Ameryce Big Sur jest w czubie stawki. 
Big Sur
Żeby nie było tak och i ach, trzeba nadmienić, że droga miejscami jest bardzo kręta, a duży ruch nie pozwala skupić się podziwianiu widoków czy zaparkowaniu samochodu na poboczu. Minusem tego dnia była też aura. Pogoda zmieniała się dosłownie co zakręt. Chmury, piękne słońce, chmury, słońce, mgła, słońce, wiatr, i tak przez 91 mil dzielące San Simeon i Carmel. Pokonanie tego stosunkowo niewielkiego dystansu zajęło ponad cztery godziny. Gdy wjeżdżaliśmy do Monterey, zapadał powoli zmrok, było dość chłodno, a my musieliśmy znaleźć nocleg. Na nasze szczęście pierwszy motel miał wolne pokoje za stosunkowo niewygórowaną cenę. Mówiąc żargonem baseballowym: szybka piłka.
Drugą szybką piłkę tego wieczora zagrała Umicha, która w przeciągu kilku minut zdążyła wziąć prysznic, przebrać się w, uwaga!, długie spodnie i sweter, wsiąść do samochodu marki nissan, którym Słonisia pod wskazówkami Słonika popędziła do kina w oddalonym o kilka minut jazdy centrum miasta. Tutaj ich drogi rozeszły się. Słonisia i Słonik zjedli pyszne ryby w restauracji przy pobliskiej marinie, a Umicha delektowała się najnowszym filmem Richarda Linklatera pt.: "Boyhood".
Blisko trzy godziny później, kilkadziesiąt minut przed północą, ścieżki Słonisi, Słonika i Umichy ponownie się spotkały. To był też moment, w którym Słonisia zaordynowała, że najwyższy czas na spotkanie pierwszego stopnia z kulturą amerykańską. Umicha miała coś zjeść, bo cały dzień nie jadła. Pomimo jej oporów, została brutalną perswazją zmuszona do wejścia do Danny’s, będącej jedną z wielu amerykańskich sieci fastfoodowych, i następnie - do zakupu jedzenia. Menu zachęcało do obfitych posiłków. Ceny wahały się od dwóch do ośmiu baksów więc np. tylko 4 dolary kosztowały nielimitowane ilości naleśników. Pani menedżer obsługująca kasę była bardzo miła i poprosiła, aby poczekać kilka minut na meal składający się z dwóch wrapów z kurczakiem, frytek i napoju, których cena też opiewała na kwotę $4. Te kilka minut oczekiwania sprawiło, że wybiła północ. Wewnątrz wciąż pożywiało się kilkanaście osób i co rusz wchodziły małe grupki, aby zamówić jedzenie na wynos. Wystrój wnętrza był o niebo lepszy niż w depresyjnym Wendy’s w Grand Canyon i przypominał klasyk utrwalony w wyobrażeniach Umichy utrwalonych przez filmy Quentina Tarantina takie jak "Wściekłe psy" czy "Pulp Fiction". Bieg zdarzeń dnia nr 23 zakreślił pełne koło, a życie napisało kolejny scenariusz. Czy na pierwszą stronę tabloidu? Raczej nie.
Choć może coś się znajdzie:
20:08 Trzęsienie ziemi: Umicha i Słonik wbiegają do kina, film ma się zaraz zacząć, a faktem powszechnie wiadomym jest jak bardzo nie lubi ona oglądać filmy nie od początku.
20:10 Napięcie wzrasta: Umicha i Słonik nie mogą znaleźć kasy, by kupić bilet!
20:11 Napięcie wzrasta coraz bardziej: Przez głowę Umichy przebiega myśl, że popcorn i coca-colę sprzedaje kilka osób zza dwudziestometrowej lady, a kasy biletowej nie uświadczysz, woof woof, hau hau!!
20:12 Napięcie sięga zenitu: Umicha i Słonik stoją przy wejściu do sali kinowej, film ma się zaraz zacząć, a biletu niet. Umicha bardzo nie lubi oglądać filmów nie od początku!!!
20:13 Punkt kulminacyjny: Słonik mówi do Umichy: ‘Wchodź bez biletu’. Umicha wchodzi. Leci zapowiedź filmowa, a projekcja "Boyhood" jeszcze się nie rozpoczęła!!!!
20:15 Film rozpoczyna się. Premiera w Polsce za trzy tygodnie.
Suspens trwa w najlepsze następne kilkanaście minut, a każde otwarcie drzwi i odsłonięcie kotary w tylnim rogu niewielkiej sali kinowej niesie groźbę, że to policja wchodzi wyprowadzić Umichę z audytorium i aresztować.
23:03 Happy end: Umicha wychodzi z kina przez nikogo niekłopotana i bardzo, ale to bardzo ukontentowana filmem.
Morał opowieści: w kinach w USA nie trzeba kupować biletów, a co najwyżej popcorn czy coca-colę, ale i to niekoniecznie. Marzenie każdego prawdziwego kinomana zdaje się tu być na wyciągnięcie ręki. Czy może parafrazując nieznacznie: American dream jest faktem…

Dzień 24
Przedpołudnie było senne. Winą za to obarczyć można pochmurne kalifornijskie niebo, które zdawało się karać Umichę za złoczyn poprzedniej nocy. Cóż, Umicha rozumiejąc, że po-winna czuć w piersi ból spowodowany wyrzutami sumienia, starała się być maksymalnie koncyliacyjna. Nie było to jednak ani łatwe, ani natychmiastowe. Starała sobie jednakże ten ból wyobrazić.
A że każdy cud kryje tajemnicę i każda zagadka prosi się o odpowiedź, węzeł gordyjski powyższego akapitu wypadałoby rozsupłać.
Pacific Grove
Nie zjedliśmy śniadania w Danny’s, choć to taka ładna nazwa od takiego ładnego imienia. Miast tego pojechaliśmy do Pacific Grove w poszukiwaniu zacisznej kafejki, która zgodziłaby się nas przygarnąć i nakarmić nie pobierając za to jakiejkolwiek opłaty, a najlepiej jeszcze, by dała napiwek, dowodząc ponownie cudu istnienia Św. American Dream. Cóż, miał on pewnie inne ważniejsze sprawy.
Dziękować mu można jednakże za poprowadzenie nas ku tarasowi jednego z wielu domów w stylu wiktoriańskim, byśmy brunch (BReakfast+lUNCH=śniadaniolancz) zjedli w przytulnej kafejce nieopodal oceanu. Wszystko było jak u Oma (niem. babcia) w domu: meble, wystrój, zastawa, jedzonko, sposób nakładania porcji, szczególnie gdy to właśnie Umicha je nakładała.
- Zachowujesz się jak świnia – rzekła Słonisia.
- Bo ona jest Świnią – odparł Słonik.
- Ale czy musi zachowywać się jak świnia?
- Tak, bo jest Świnią.
Można było odczuć w głosie Słonika pewien żal, że musiał się jakoś należycie zachowywać, bo jego elephantfriend siedziała obok. Chciałby być trochę bardziej kimś na kształt SłonikoŚwini, ale nie mógł. Cóż, nie wszystko można mieć…
Kilka tysięcy sekund  później w oddalonym o kilkaset jardów sklepie Słonik postanowił, że chce mieć. Słonisia tłumaczyła, że nie mósi mleć, ale on upierał się, że musi. Chodziło o zestaw talerzy krwisto czerwonymi kwiatami pokrytymi. Cóż, Umicha doszła do wniosku, że pójdzie sobie do wypatrzonej chwilę wcześniej księgarni (zapaleni wielbiciele bloga ze wcześniejszych relacji wiedzą zapewne, że znalezienie bookshopu w USA nie jest łatwe).
Koniec rozkoszy Umichy z racji obcowania w książkami zbiegł się w widokiem wyrazu twarzy Słonika, na której wypisany był po międzywojennemu TRYUMF. Zastawa ta przeleciała przez Stany, przez Atlantyk i aktualnie mieszka w szafce  domu Słonisi i Słonika w Surrey, London. Przyznać Umicha musi, że zastawa jest ładna.
Zoolog Słonik i botanik Umicha w poszukiwaniu skarbów



Owoż mieć przynosi na myśl zapytanie Ericha Fromma: Mieć czy być? Wrażenie całościowe Umichy dnia tego, w szczególności po przejechaniu 17-Mile Drive było, że mieć. Uiszczenie 10 dolarów UPRAWNIA do przejechania tej niedługiej trasy pomiędzy polami golfowymi i rezydencjami wartymi miliony dolarów.
17-Mile Drive

Słynny samotny cyprus przy 17-Mile Drive
Inną pokrewną myślą było, że te małe miasteczka w Kalifornii i ich mieszkańcy zdają się po częstokroć być wyznawcami religii mieć, które to ma niepośledni wpływ na być.
Nasza wizyta w Carmel-by-the-Sea (którego burmistrzem swego czasu był Clint Eastwood), winiarniach i Monterey (gdzie podczas Lata Miłości odbył się legendarny festiwal w trakcie którego wystąpili Janis Joplin, Otis Redding, The Who, Jefferson Airplane czy Ravi Shankar, a Jimi Hendrix spalił gitarę) stanowiły jedynie historyczną reminiscencję przytoczonych zdarzeń i pozwoliły obejrzeć miejsca stanowiące ich tło. Następnego dnia mieliśmy dotrzeć do światowej stolicy Lata Miłości ’67, czyli San Francisco…


Ps.  Pisząc powyższe na myśl mi przyszedł film Clinta Eastwooda "Breezy", którego akcja dzieje się właśnie w okolicy. Film - zdecydowanie warty obejrzenia, a postawy - zdecydowanie warte zastanowienia…

Bieszczady i Bieg Gochów - 2015/06


Po Rzeźniku zostaliśmy jeszcze parę dni by dojść do siebie i pochodzić po górach, bo tam razem jeszcze nie byliśmy.

Dzień po zawodach zaczął się leniwie - wstaliśmy później, zjedliśmy śniadanie, no ale jakoś nam tak nie szło nic nie robienie więc postanowiliśmy pójść z Jawornika do Starego Jawornika, a potem do Komańczy i wrócić po samochód do Jawornika, zjeść lunch, a potem pojechać do Cisnej na zakończenie zawodów. Plan był dobry, pogoda była super, chłopaki chodzili jakby mieli nogi z drewna, co napawało mnie nadzieją, że może tym razem nie będę za mocno odstawała od czołówki (czyli takiego typu latarki co to górnicy w kopalni i rzeźnicy używają).

Stary Jawornik to wieś, która padła ofiarą akcji “Wisła”, jej mieszkańcy zostali wysiedleni na północ, a wieś - zniszczona. Dziś pozostał tam tylko krzyż oraz mały cmentarz z nową kaplicą. Fundamenty starych domów są już niewidoczne, a gdzie kiedyś stały domy domyślać się można tylko na podstawie zdziczałych starych drzew owocowych, które kiedyś rosły w przydomowych sadach.





No niestety z naszą orientacja nie było najlepiej tego dnia i zamiast krótkiej przechadzki mającej się skończyć pod klasztorem w Komańczy, musieliśmy się przeprawić przez małą rzeczkę i wyszliśmy w Czystogarbie. Zatrzymanie stopa też nam nie wyszło, więc przeszliśmy asfaltem 5km do Komańczy, gdzie nagrodą był postój na zimne piwo na stacji CPN.






Cerkiew w Komańczy
spaliła się w 2006 roku, ale została odbudowana
Zajęło jeszcze dobrą chwilę nim wreszcie dotarliśmy do centrum Komańczy, ale ku naszej mini-choć-niekoniecznie-rozpaczy do auta mieliśmy jeszcze 4km, a Słoń “padł”, bo nie zjadł lunchu. Tym razem Umicha wykazała wielką inicjatywę, zagadała do jakiś turystów wsiadających do auta, którzy podwieźli ją do naszego samochodu, a ja ze Słoniem usadowiliśmy w jedynej pubo-restauracji otwartej w Komańczy. Były jeszcze dwa stoliki zajmowane przez uczestników Rzeźnika, a jednym z nich był gościu ze Szczecina, który przywrócił Umę do życia dając mu żel na podejściu pod Caryńską.



Nasz wspaniały plan w tym momencie był już odległa historią, gdyż jak zajechaliśmy do Cisnej, to kończyli zwijać imprezę. Poszliśmy do fajnej knajpy “Łemkowyna” na obiad i miło spędziliśmy resztę popołudnia.




Niedziela – pobudka, pakowanie i trzeba Umę odwieść do Sanoka na autobus. Wyjeżdżając z Komańczy zajechaliśmy zobaczyć klasztor sióstr nazaretanek, w którym to przez rok internowany był kardynał Wyszyński. Potem zrobiliśmy krótki postój przy cerkwi w Szczawnym (niestety tylko 7 rodzin należy do parafii, a młodzi wyjechali zagranicę).

 
Cerkiew w Szczawnym


Po odstawieniu Umy pojechaliśmy nad Solinę,
popływaliśmy godzinkę rowerem wodnym po zalewie, a wieczorem dojechaliśmy do Ustrzyk Górnych, gdzie postanowiliśmy stworzyć bazę wypadową na następne parę dni. 
Poniedziałek zaczęliśmy spokojnie i poszliśmy na szlak Wołosate - Tarnica - Szeroki Wierch - Ustrzyki Górne. Potem przyjemnie przesiedzieliśmy popołudnie jedząc bojkowskie i łemkowskie specjały słuchając kołomyjek w małej knajpce w Ustrzykach.







Na wtorek mieliśmy bardziej ambitny plan - Michał dochodził do siebie po Rzeźniku więc zaczynał go roznosić nadmiar energii. Poszliśmy na szlak Wielka Rawka - Krzemieniec - Mała Rawka - Połonina Caryńska - Ustrzyki Górne. Niby tylko 21km, ale zeszło nam się prawie 8 godzin i gdy schodziliśmy do Ustrzyk, zaczynało powoli szarzeć.

Krzemieniec - punkt, gdzie schodzą się granice Polski, Ukrainy i Słowacji




To było koniec naszych przygód w Bieszczadach. Pora się było pakować i ruszyć na północ z krótkim postojem w Sandomierzu.

"Marysia" funclub
Chłopaki nie mieli wyboru tylko dobrze się zaprezentować



W sobotę w Bytowie był XXXV Bieg Gochów - chłopaki po tygodniu odpoczynku postanowili uczestniczyć w półmaratonie (czego to się nie robi dla paru punktów w rankingu klubowym).
Relacja Słonia:
Startowalem w nim trzeci raz pod rząd. W tym roku bieg odbył się przy temperaturach dochodzących do 30C, co dało się we znaki. Okazało się, że tydzień na dojście do siebie po ukończeniu 78km Rzeźnika to niewiele czasu, i podczas biegu to się czuło. Pierwsza pętla jeszcze nieźle - w granicach poniżej 43 minut, no ale na drugiej nogi odmawiały posłuszeństwa i dwóch zawodników mnie wyprzedziło...

Słoń zajął 11 miejsce - 1:27:58
Uma zajęła 44 miejsce - 1:39:31
Bieg ukończyło 206 zawodników






Bieg Rzeźnika - 2015/06

78 km z Komańczy do Ustrzyk Górnych

Debiut Słonia na youtube:

Umichy wspomnienia z Biegu Rzeźnika:
Wszystko zaczęło się gdy ze Słoniem oglądaliśmy relację z X Biegu Rzeźnika, którą nagrałem dla Jachy po jego w nim udziale 2 lata temu. Trochę wody w rzece upłynęło do momentu gdy pod koniec grudnia Słoń rzucił hasło, że może by tak zrobić Rzeźnika, na co odpowiedziałem mu, że z jego %#&@ Achillesami to raczej nie. Po sylwestrze zacząłem o tym myśleć i analizować trasę, i doszedłem do wniosku, że jest to do zrobienia, jeśli nie „zajedziemy” się w pierwszej fazie biegu.


Telefon do Słonia z zapytaniem czy nie zmienił zdania i nadal chce wziąć udział, zgłoszenie i radość z faktu, że mieliśmy szczęście zostać jedną z 713 par wylosowanych do startu w XII Biegu Rzeźnika spośród prawie dwóch tysięcy wyrażających chęć udziału w ultramaratonie górskim w czerwcowy długi weekend.

Ów weekend w końcu nadszedł. Z Olą i Słoniem spotkaliśmy się w Warszawie w środę wieczorem, przekimaliśmy u Megan i w czwartek rano ruszyliśmy w kierunku Bieszczad.Po przejechaniu z Bytowa w sumie ponad 800 km dotarliśmy wczesnym popołudniem do naszej kwatery w Rzepedzi na niecałe 12 godzin przed startem biegu. Szybko wyrzuciliśmy graty z samochodu, zapoznaliśmy się z naszymi współlokatorami (też przyjechali na Rzeźnika) i pojechaliśmy przez Komańczę do Cisnej, aby zarejestrować się, odebrać pakiety startowe, zostawić worki z potrzebnymi ciuchami na przepaki w Cisnej, Smereku i Berehach, wziąć udział w odprawie i posłuchać tradycyjnie już uświetniających kolejną edycję BRz muzyków z zespołu WIEWIÓRKA NA DRZEWIE. Słuchawszy obserwowaliśmy słońce chylące się ku lesistym czubkom gór otaczających Cisną, których cienie wydłużały się wprost proporcjonalnie do czekającego nas wysiłku.













O godzinie 2:51 zaparkowaliśmy niedaleko drewnianego kościółka w Komańczy (0 km – 460 m n.p.m.) i udaliśmy się w kierunku linii startu. Słoń był gotowy do startu start, bo najważniejszy jest szybki start, a ja pochłaniałem jeszcze makaron z kontenera na tyle wolno, że bieg się zaczął, a ja zjadłem raptem połowę. Oddałem resztę Oli i ruszyliśmy.
Blisko półtora tysiąca uczestników rozświetliło czołówkami czerwony szlak wiodący ku Chryszczatej (12 km – 997 m n.p.m.), pierwszej z gór na naszej trasie. Powoli szarzało, a my z asfaltu zeszliśmy na ścieżki leśne. Około 4:44 pierwsze promienie słońca sprawiły, że już tylko pojedynczy uczestnicy biegu używali lampek, a wstający piękny dzień był obietnicą niezapomnianych przeżyć. Urokliwie rozświetlony las, chłodzący boczny wiatr, pokonywane podejścia, zejścia i strumyki nie sprawiały kłopotów, a wszyscy jednomyślnie stwierdzali, że sielanka nie będzie trwała wiecznie.

Niecałe cztery godziny później wkroczyliśmy do Cisnej (32 km – 562 m n.p.m.). Pomimo tego, że była dopiero godzina 7:01, sporo osób przed domami, na balkonach i przy jezdni żywo dopingując sprawiało, że nie wypadało nie przyspieszyć. Na torach tuż przed pierwszym przepakiem kapela grała skoczne ska, a my mijaliśmy pary wyruszające, by pokonać odcinek do następnego przepaku w miejscowości Smerek (56 km – 644 m n.p.m.).

Uzupełniliśmy płyny, napełniliśmy bidony i nerki, zostawiliśmy czołówki i niepotrzebne rzeczy, gdyż wiadomo było, że dzień szykuje się piękny, wzięliśmy kijki i ruszyliśmy. Błąd – nie zjadłem makaronu w Cisnej. A możliwość była. Chwilę później byliśmy z powrotem na torach, kapela nadal grała ska, widzów było chyba jeszcze więcej, a my przeszliśmy wiaduktem i wbiliśmy się w krzaki tak, jak nakazywał czerwony szlak, by za moment użyć kijków po raz pierwszy. Tutaj zaczęły się moje kłopoty z bardziej stromymi podejściami, które to towarzyszyły mi aż do Połoniny Caryńskiej. Ale po kolei.
Podejście na szczyt Małego Jasła (1097 m n.p.m.) zweryfikowało mnie konkretnie. Niby tylko 5 czy 6 km od Cisnej, ale zaczęła się Rzeź (NIK jakby nie weryfikował, doszedłby do takiego samego wniosku:)). O godzinie 9:00 Słoń oznajmił, że właśnie pokonaliśmy dystans maratoński. Poranek był piękny, podejście było za nami, siły tak jakby wróciły, a my pędziliśmy lasem niczym te dziki z logo biegu ku Okrąglikowi (1101 m n.p.m.) na granicy ze Słowacją. Zdradliwość tego punktu polegała na tym, że idąc szlakiem na wprost doszlibyśmy ostatecznie do Bratysławy, ale my zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną i skręciliśmy w lewo.

Szliśmy połoniną, dookoła rozciągał się przepiękny widok, bezchmurne niebo i lekko chłodzący wiatr, co w sumie zrekompensowało z nadwyżką kryzys kilka kilometrów wcześniej. Jakiś czas później było długie, bardzo strome zejście błotem ku Drodze Mirka (od imienia pomysłodawcy BRz), nieoczekiwany i nieuwzględniony w rozpisce punkt z wodą (mi się właśnie skończyła na dosłownie dwie minuty przed) nadzorowany przez Mirka, korytko z zabłoconą wodą by mogły się dziki ochlapać, i 9 km do następnego przepaku w Smereku. Oj dłużyło mi się %$@# dłużyło. Słoń biegał wte i wewte, a ja %#$@ człapałem. Słońce grzało coraz mocniej, a wiatr przestał chłodzić.
I gdy tak grzało i nie chłodziło, dotarliśmy do miejscowości Smerek (56 km – 590 m n.p.m.).
Ola czekała na nas na przepaku, który to oferował prawdziwie królewskie menu: izotoniki, colę, wodę, pieczone kartofle, mięso, swojski chleb ze smalcem, pyszne ciasto z rabarbarem (którego pochłonąłem sporą ilość) i wiele innych specjałów. Fizjologicznie, na makaron było już za późno, a najtrudniejsze dopiero na nas czekało. Ola ze Słoniem trochę postali i porozmawiali, a ja ruszyłem w trasę wiedząc, że Słonik mnie za chwilę dogoni. Tak też się stało.
Szliśmy lasem. Robiło się coraz cieplej i coraz bardziej stromo, a ja wyczekiwałem momentu, gdy wyjdziemy z lasu i zobaczymy Smerek (60 km – 1222 m n.p.m.). Dwa postoje kosztowało mnie dotarcie na szczyt, a Słoń niczym kozica pomykał do przodu. Był w awangardzie, ja stanowiłem natomiast ariergardę.
Trzeci postój na szczycie na żel i picie rozpoczął dość przyjemny etap do Chatki Puchatka (67 km – 1228 m n.p.m.) na Połoninie Wetlińskiej. Przyjemny, bo pozbawiony stromych podejść, które były moją zmorą od Małego Jasła.


Przy Chatce Puchatka tradycyjnie znajduje się wielu wędrówkowiczów. I było ich wielu z racji tego, że pogoda była piękna (i znów wiał chłodzący boczny wiatr). Rzeźnicy biegli, a setki osób na szlaku robiło im miejsce i dopingowało służąc pomocą, gdy to było potrzebne. No i jeszcze było zejście, na którym wielu rzeźników mówiło sobie coś tam pod nosem – superlatywy zapewne. W naszym przypadku – moc całości teamu wróciła. Podział na awangardę i ariergardę przestał być sztywny.
Wszystko wróciło do tzw. „normy” na podejściu z przepaku w Berehach Górnych (69 km – 760 m n.p.m.) na Połoninę Caryńską (72 km – 1297 m n.p.m.). Słonik przeżył swoją „chwilę prawdy”, a ja przysiadłem trzy razy po to, żeby przysiąść po raz czwarty naprawdę. Oczy mi zaparowały, a ja tak siedziałem sobie przy ścieżce. Mijali mnie rzeźnicy, mijali mnie turyści, a ja siedziałem. Jedna z tych drugich oddała mi swoją butelkę pepsi, która postawiła mnie na nogi. W tej to właśnie chwili, po drugiej stronie ścieżki przysiedli dwaj rzeźnicy, z których jeden czuł to, co ja kwadrans wcześniej.

Zaraz potem uradował fakt, że po kilku minutach las się skończył, i tylko kawałek stromizny dzielił od najwyższego punktu na Połoninie Caryńskiej, co oznaczało, że przed nami było 5 km w dół do Ustrzyk Górnych (77 km – 640 m n.p.m.). W momencie, gdy wszedłem na grań, ten chłodzący rozkosznie wiatr dmuchnął tak, że niemalże mnie przewrócił i zepchnął w dół do podnóży tejże nie tylko mojej tego dnia Golgoty.
Pepsi zaczęło nieść i na zejściu pędziliśmy wyprzedzając wielu z rzeźników i turystów, którym Caryńska Golgotą nie była do takiego stopnia jak dla mnie. Co niektórzy z nich zdumieni byli bardzo widząc postać moją zmartwychwstałą. Miałem też okazję podziękować nieco bardziej świadomie pani, która obdarowała mnie legendarną już w mojej głowie pepsi




.Potem było jeszcze zawsze nieprzyjemne zejście lasem do Ustrzyk Górnych i o 16:20 zameldowaliśmy się na mecie. Każdy z „finisherów” otrzymał m.in. kufel uważonego specjalnie na tę okazję piwa rzeźnik i pamiątkowy medal. Ja byłem zainteresowany jedynie zajęciem pozycji horyzontalnej, a Słoń ciągle jakby biegł. Trawka nad potokiem oferowała znakomite miejsce do pikniku. Ja poszedłem spać, a Słoń skorzystał i spił oba rzeźniki, zjadł dużo, no i wespół z Olą niańczył mnie. Ja zaś spałem do 6:30 dnia następnego, by w końcu powstać ponownie, i podziwiając piękno otaczających gór wypić kawę na tarasie naszego domku.

Konkludując, gdyby po nauczycielsku opatrzyć Bieg Rzeźnika tematem, brzmieć mógłby on: „Lekcja pokory i życia, czyli o zrozumieniu czym jest natura ludzka i natura w ogóle.” Przytoczyłbym tu jeszcze stwierdzenie Fryderyka Nietzsche, że „zmęczenie czyni ludźmi równymi…"
Ps. Po biegu Słoń powiedział mi, że gdy powiedziałem mu w grudniu, że „z jego %#&@ Achillesami to raczej nie”, to on pomyślał sobie, że z moim kolanem to też chyba nie. Tematem tej lekcji niech będzie to, że „Der Wille zur Macht, czyli da się, jeśli będziesz chciał…”

PODSUMOWANIE